Przeskocz do treści

Ultramaraton? Jest ryzyko, jest zabawa – Relacja z Bieg Szlak Trafi 2017

ultramaraton - rynek
Rynek w Kazimierzu Dolnym. Kilka minut po starcie. Fot: fotozbiegu.pl
To miał być najtrudniejszy start w sezonie. Na hasło "ultramaraton" trochę mną wzdrygało, bo trenowałem tylko do jesiennych dyszek. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny..

Pierwszą relację możecie przeczytać na facebooku TUTAJ

Czy długo przymierzałem, aby przebiec ultramaraton? Od kiedy biegam zawsze chciałem robić coś więcej. Piątki, dyszki.. maraton. Chyba większość biegaczy tak ma, że chce szybciej i dalej. Nie szukałem specjalnie w konkretnym miejscu czy terminie. Nadarzyła się okazja i musiałem to wykorzystać. W wakacje 2016 startowałem w Parchatce pod Puławami w ciekawym biegu o chwytliwej nazwie Bieg Szlak Trafi. Relacja z tamtego biegu TUTAJ. Były wtedy trzy dystanse do wyboru: 7, 21 i 57 km. 7 od razu wykluczyłem (myślałem, że "aaa nie opłaca się nawet jechać na 40 minut biegu"). 57 km to była dla mnie jakaś abstrakcja więc wybór padł na półmaraton. Mega spodobała mi się trasa. Wąwozy, lasy, pola, pokrzywy po pachy czy błoto, że zostawały buty. Wynik też był zadowalający. Decyzja mogła być tylko jedna - wracam za rok.

Wiosną tego roku borykałem się z lekkimi kontuzjami. Achilles, "coś" w kolanie. Przeczytaj TUTAJ jak zapobiegać kontuzjom. Maraton też poniżej oczekiwań (RELACJA). Nic nie wskazywało na to, żeby była szansa na ultra. Jednak coś mnie podkusiło (chyba kończyły się miejsca na bieg), namówiłem Konrada i się zapisaliśmy. Ani to mądre, ani rozsądne. Z treningu do 10 km nic dobrego wyjść nie może. No, ale jak już zapłacone to trzeba było działać 😀 Chociaż ostatni Półmaraton Solidarności pokazał, że można zrobić wynik z "niczego", to na ultra może być to zgubny argument. Muszę przyznać, że w tym roku zmądrzałem odnośnie treningu uzupełniającego, rolowania i luźno rzecz ujmując - regeneracji. Dlatego mocno dbałem o spanie, zawsze po treningu stabilizacja, porządne rozciąganie i rolka przed snem. W między czasie rozpocząłem wizyty u fizjoterapeuty. Na szczęście sprawy zdrowotne udało się naprostować. Zakupiłem też i testowałem żele (więcej o żelach TUTAJ). Podobnie kupiłem większy plecak do biegania, miękkie bidony, buty w teren. Chcąc nie chcąc nadchodził dzień zawodów.

ultramaraton - pakowanie
Trochę gratów na ultra trzeba mieć.

Niestety Organizator zadecydował, że pakiety trzeba odebrać dzień wcześniej od 16 do 22. Z tego wynikł mój pomysł spania na miejscu. Co prawda miałem samochód i namiot ze sobą to wymyśliłem sobie, że się drzemnę na karimacie koło auta. Nie wiem co mną kierowało, ale to był na pewno ostatni raz. Nie dość, że co jakiś czas ktoś chodził/jeździł to latały nietoperze, owady. Najgorsze było, że zaraz przy karimacie zaczynał się las. Cały czas coś szumiało, chodziło i wydawało mniej zrozumiałe odgłosy. Nie wyspałem się ani trochę. O 3:30 przyjechał autobus, który nas miał zawieźć na start. Szybkie ubieranko/pakowanko i przed 4 już staliśmy wewnątrz pojazdu. Na miejscu byliśmy dosyć szybko, dlatego był czas żeby posiedzieć i pogadać o tym co nas czeka. W każdym razie moja wizja nie napawała optymizmem - byłem niewyspany, nieco głodny, a słońce od południa miało nam nieźle grzać. Punktualnie o 5:00 wystartowaliśmy.

ultramaraton - na trasie
Pomiędzy pierwszym i drugim punktem. Fot: fotozbiegu.pl

Z Placu Trzech Krzyży był ładny widok na Wisłę i miasteczko. Zejście nie było fajne, korkowało się na stromych schodach. Po wybiegnięciu na ulice rozluźniło się, można było się cieszyć okolicą. Biegłem razem z Konradem. Założenie było takie, że pilnujemy się z tempem, przypominamy o piciu. O ile ze spożywaniem płynów jakoś szło to tempo ciężko było utrzymać. Tutaj Konrad częściej przypominał, żeby zwalniać.

Tym sposobem jako tako zmierzaliśmy do pierwszego punktu z wodą na 9 kilometrze. Niestety u mnie pojawił się niepokojący stan żołądka - trzeba było szukać kibelka. Jak na złość na punkcie oprócz wody nie było toików. No to "doniosę" do następnego 😀

Na punkcie w Rąblowie (koło 22 km) toalety pewnie były, ale ważniejsze było się najeść i zapełnić bidony. Pobiegliśmy dalej. Na wielkie szczęście żołądek zapomniał o tym, że coś mu dolega, bo już zdarzały mi się niefajne sytuacje z tym związane.

Długo wyczekiwaliśmy punktu na 32 kilometrze. Cieszyliśmy się jak dzieci bo była coca-cola ! Od razu do brzucha i bidonu. Przez kilka minut po wybiegnięciu z Gospody było lżej. Później radość minęła, bo znów ciężkie kilometry. Zaczynało się robić ciężko i ciepło.

Następny punkt bliżej dystansu maratonu - tam nas ostrzegali, że przed nami najtrudniejszy odcinek trasy. Tak było - powalone drzewa, masakryczne błoto i krzaki. Tam też odłączyłem się od Konrada. Miałem więcej sił i chciałem to wykorzystać. Tendencja wskazywała, że złamiemy 8h. Jednak miałem apetyt na więcej.

Do następnego punktu na 52 km czułem się świetnie. Wyprzedziłem z 7-8 osób, na punkt wbiegłem już z odkręconym bidonem. Wlali mi wodę, wziąłem banana i poleciałem dalej. Na punkcie zostawiłem w tyle kolejne osoby, które odpoczywały. Później było strome i długie podejście. Jakimś cudem wlazłem na górę i zaczął się decydujący odcinek. Jakieś 5 km do mety w pełnym słońcu. Piekarnik był okropny. Na szczęście mam w miarę silną głowę i człapałem ile wlezie. Po kilku km trasa łączyła się z półmaratończykami i była woda. Jeszcze uzupełniłem bidonik i nastawiałem się na masakryczną końcówkę. Mocno cały czas napierałem do przodu. Przez niecałe 15 km wyprzedziłem z 20 osób + zawodników z połówki. To dopiero była satysfakcja. Końcówkę trasy już znałem z przed roku. Znałem ostatni podbieg, ostatnią ścieżkę w polu i ostatni ostry zbieg. Jeszcze pod koniec ktoś mnie podpuścił na finiszowanie, siły miałem. Jak zacząłem się zbierać to skurcze mnie złapały i już tylko lekko z uśmiechem wbiegłem na metę 🙂

ultramaraton - na trasie
Prosta przed czwartym punktem żywieniowym. Fot: Anabella Bożek

Mój wynik na dystansie 57 km to 7:27:51 i 89/136 miejsce OPEN

ultramaraton - wykres
Wykres z kolejnymi kilometrami.

Muszę przyznać - było lżej niż na maratonie. Jest to nieco inny charakter wysiłku. Pod górkę można podchodzić, na jedzenie czy siku spokojnie stawać i nie uciekają "cenne sekundy". Nie ma takiego parcia na wynik. Tutaj czas trwania wysiłku, a nie prędkość powodują wyczerpanie. Natomiast jest bardzo wiele dziedzin, gdzie można popełnić błąd - na takim dystansie każdy niedopracowany element kumuluje się wielokrotnie.  Jestem zadowolony, że to się udało i to bez żadnej kontuzji i z satysfakcjonującym miejscem. Na pewno będę wracał do Parchatki. Jest niesamowita atmosfera, bardzo dobra organizacja, trasa oznaczona świetnie i do tego niepowtarzalna. Wolontariusze też robią świetną robotę (jak wszędzie!). Polecam każdemu Bieg Szlak Trafi. Nie musi to być od razu ultramaraton 🙂 Ze względu różne dystanse każdy coś sobie wybierze.

ultramaraton - medal

Widzimy się za rok 🙂

ultramaraton - meta
Lekko nie było 🙂

Wpadnij do mnie na Facebooka lub Instagrama:

konto Facebook   konto Instagram

Podziel się opinią

%d bloggers like this: